sobota, 29 sierpnia 2026

Nowości

Islandzka policja nie znalazła dowodów rosyjskiej ingerencji w referendum o UE

BadaniaPatryk Raba
Islandzka policja nie znalazła dowodów rosyjskiej ingerencji w referendum o UE
Fot. Bragi Þór Jósefsson / Althing, Wikimedia Commons (Attribution (licencja Althingi))

Mimo miesięcy ostrzeżeń islandzkiego rządu przed Rosją, policja nie potwierdziła ingerencji obcego państwa w dzisiejsze referendum ws. wznowienia rozmów z UE. Badacze i organizacje monitorujące dezinformację wskazują, że fałszywe treści powstają w kraju, a boty tworzone tanim kosztem dzięki generatywnej AI to nowe zagrożenie.

Spis treści
  1. Ostrzeżenia ministerstwa a ustalenia policji
  2. Ślad prowadzi do kraju, nie do Kremla
  3. Tanie boty budowane przez AI
  4. Oligarchowie jako alternatywne zagrożenie

W sobotę 29 sierpnia Islandczycy głosują w referendum, które zdecyduje, czy kraj wznowi zawieszone od 2013 roku negocjacje akcesyjne z Unią Europejską. Przez całe lato rząd w Reykjaviku ostrzegał, że kampanię może zakłócić rosyjska dezinformacja i boty internetowe. Tymczasem policja przyznaje, że nie znalazła na to dowodów, a badacze śledzący islandzki internet wskazują raczej na krajowe źródła fałszywych treści i tanie, generowane przez sztuczną inteligencję konta automatyczne.

Referendum jest wyjątkowo wyrównane. Sierpniowy sondaż instytutu Maskína dawał zwolennikom wznowienia rozmów z UE 53 procent poparcia wobec 47 procent przeciwników, ale ostatni sondaż Gallupa, przeprowadzony między 24 a 27 sierpnia, po raz pierwszy w całej kampanii wskazał przewagę obozu przeciwnego integracji. Premier Kristrún Frostadóttir mówiła o głosowaniu w kategoriach teraz albo nigdy. Sprawa dzieli też ponad dwudziestotysięczną polską mniejszość na wyspie, największą grupę imigrantów w kraju liczącym niespełna pół miliona mieszkańców.

Ostrzeżenia ministerstwa a ustalenia policji

Minister spraw zagranicznych Þorgerður Katrín Gunnarsdóttir od miesięcy mówi o działaniach z zagranicy wymierzonych w debatę referendalną, porównując ryzyko do brytyjskiego Brexitu. Jako przykład wskazywała falę fałszywych kont, które masowo komentowały wpisy biznesmena Alfreða Tulíniusa, krytykując go i chwaląc samą minister, przy czym komentarze były pisane nienaturalną, maszynową islandszczyzną.

Islandzka policja od lipca monitoruje jednak sytuację i, jak przekazał portalowi Vísir asystent komendanta głównego Finnbogi Jónasson, wywiad kryminalny śledzi podejrzane konta w mediach społecznościowych, strony o niejasnym pochodzeniu oraz możliwe zagraniczne finansowanie kampanii. Mimo to do połowy sierpnia śledczy nie ujawnili żadnych dowodów, które potwierdzałyby ingerencję konkretnego obcego państwa w przebieg głosowania.

Ślad prowadzi do kraju, nie do Kremla

Islandzcy badacze dezinformacji od dawna twierdzą, że największym problemem nie są zagraniczne farmy trolli, lecz treści powstające na miejscu. Eiríkur Bergmann, politolog z Uniwersytetu Bifröst, zwraca uwagę, że około 40 procent Islandczyków deklaruje w sondażach wiarę w istnienie głębokiego państwa, choć samo pojęcie zostało zaimportowane z zagranicznych dyskusji. Jego zdaniem lokalna dezinformacja rozwija się jednak własnym, krajowym torem.

Islandzka dezinformacja, jaką dotąd obserwowaliśmy, powstawała w kraju - Eiríkur Bergmann, politolog, Uniwersytet Bifröst

Tanie boty budowane przez AI

Organizacja Netvís, zajmująca się edukacją medialną, udokumentowała zautomatyzowane konta już podczas ostatnich wyborów samorządowych i ostrzega, że koszt uruchomienia podobnych narzędzi gwałtownie spadł dzięki generatywnej sztucznej inteligencji. Wcześniej islandzki, język używany na co dzień przez niespełna 400 tysięcy osób, był naturalną barierą chroniącą przed masową dezinformacją zza granicy. Nowe modele językowe potrafią jednak pisać po islandzku płynnie, co tę barierę znosi. Netvís uruchomiła portal edukacyjny tłumaczący metody manipulacji w sieci, w tym deepfake'i, boty i treści dobierane pod kątem emocji, oraz współpracuje z policją i platformami społecznościowymi przy zgłaszaniu najpoważniejszych przypadków.

Mamy wszelkie powody, by mieć świadomość, że technologia może być wykorzystywana do wzniecania konfliktów i wpływania na nasze poglądy - Stefanía Ragnarsdóttir, Netvís

Oligarchowie jako alternatywne zagrożenie

Emerytowany profesor ekonomii Uniwersytetu Islandzkiego Thorvaldur Gylfason w rozmowie z EUobserver ostrzegał, że realne ryzyko przejęcia referendum leży gdzie indziej niż w Moskwie. Wskazywał, że obóz przeciwny integracji dysponuje znacznie większym budżetem niż zwolennicy rozmów z UE i sięga po zagranicznych ekspertów, w tym szwajcarskiego prawnika Carla Baudenbachera, znanego wcześniej ze współpracy związanej z otoczeniem władz Rosji. To paradoks kampanii: postać powiązana z Rosją pracuje nie dla Kremla, lecz dla krajowego obozu przeciwników Unii.

Dla polskiego czytelnika islandzki przypadek jest ostrzeżeniem wyprzedzającym własne doświadczenia. Kraj o niewielkiej populacji i języku używanym niemal wyłącznie na miejscu przez dekady uchodził za odporny na masową dezinformację z zagranicy właśnie z powodu bariery językowej. Modele AI zdolne do płynnego pisania w rzadkich językach tę barierę usuwają, a ciężar zagrożenia przesuwa się z zagranicznych służb specjalnych na lokalnych aktorów politycznych i biznesowych, którzy mogą korzystać z tych samych narzędzi taniej niż kiedykolwiek.

Wynik referendum ma być znany w nocy z soboty na niedzielę czasu islandzkiego. Niezależnie od jego rozstrzygnięcia, islandzka policja i Netvís zapowiadają dalsze śledzenie kont i treści związanych z kampanią, a temat pochodzenia dezinformacji w erze tanich narzędzi AI ma wrócić przy każdych kolejnych wyborach na wyspie.

Udostępnij: